sobota, 5 lipca 2014
Dramat rodzinny
Gdzieś na początku liceum natknęłam się w internecie na kilka niepokojących obrazów i z miejsca zainteresowało mnie, kim też może być autor tego koszmarnego świata rozkładu i strachu. Wizerunek arcyksięcia ciemności, jaki wytworzyłam sobie w głowie, został szybko zweryfikowany przez nieżyczliwą egzaltowanym nastolatkom rzeczywistość. Starszy pan w okularach, z misiowatym brzuszkiem wydał mi się trochę nie na miejscu, gdy na jednym ze zdjęć stał przed swoim dziełem. Ale potem poczytałam trochę o jego życiu.
Mocno upraszczając i dokonując prymitywnego rachunku zrozumiałam, skąd ten cały mrok. Wrażenie wywołane przez zdjęcia i niewielką wiedzę z zakresu biografii Zdzisława Beksińskiego doprawiłam wizytą w muzeum malarza w Sanoku, wieńczącą pewien fantastyczny wypad w Bieszczady, gdzie strumyk płynie z wolna a butelki po Somersby tworzą tajemne kręgi na stołach. Od tej pory Beksiński stoi u mnie wysoko na artystycznym piedestale, gdzie pewnie pożywia się metafizyczną herbatą w towarzystwie Witkacego i Salvadora Dali. O synu malarza, Tomaszu, wiedziałam tylko tyle, że popełnił samobójstwo, niemniej na wieść o wydaniu podwójnej biografii Beksińskich zakrzyknęłam "O radości!", po czym ostudziłam zapał świadomością stanu konta.
Jednak w połowie czerwca przybyły finansowe posiłki i na moim biurku pojawił się świeży, pachnący egzemplarz książki Magdaleny Grzebałkowskiej.
Opasłe tomiszcze mogłoby zawierać całą masę domysłów i nieprzyzwoitych sugestii na temat życia i śmierci jednego z ciekawszych polskich malarzy i jego dziwnego syna, prowadzącego mroczno-depresyjne programy radiowe. Mogłoby. Ale zamiast tego Grzebałkowska zdaje nam rzetelną relację, nieubarwioną i popartą bardzo licznymi wypowiedziami bohaterów dramatu i osób, które miały z nimi styczność, od rodziny po mordercę Zdzisława. Nie ma tu taniej sensacji rodem z "Faktu", jest za to kawał dobrej, dziennikarskiej roboty. Autorce udało się przy tym połączyć zebrane informacje w całość nadającą się do przeczytania "na raz", w ciągu dwóch- trzech dni.
To bardzo szczera książka, nieuciekająca ani w prowokację, ani w robienie z Beksińskich niewinnych męczenników sztuki. Najciekawsze dla mnie były fragmenty dziennika fonicznego Beksińskich, listów Zdzisława, wypowiedzi i felietonów Tomka. Z tych puzzli można ułożyć obraz dwóch indywidualności zdolnych stworzyć coś świetnego, jednocześnie będących wielkim ciężarem dla otoczenia. A najbardziej obarczona depresją syna i stanami lękowymi męża była Zofia Beksińska. Żona i matka, ładna, skromna i inteligentna kobieta, zawsze w cieniu Zdzisława, zawsze przytłoczona zachowaniem Tomka, staje się trzecią główną postacią w dramacie rodziny Beksińskich. Oprócz nich jest jeszcze wielu bohaterów tej historii, którzy czasem pojawiają się w życiu rodziny i znikają, a czasem zostają do samego końca. To znowu pokazuje, jak ciężką pracę wykonała autorka przy tworzeniu tej biografii, bo musiała przecież wszystkich odszukać i dokładnie przepytać.
Książka jest naprawdę godna uwagi, z całą pewnością dla wielbicieli talentu Beksińskiego(ojca czy syna), ale może być interesująca też dla tych, którzy nie mieli takiego kontaktu z sztuką Zdzisława czy audycjami Tomasza. Niszczy niektóre wyobrażenia na temat pracy artysty i stylu życia w stosunku do jego twórczości, a przy tym przedstawia fascynującą i cholernie smutną historię rodziny, która przyjęła na siebie zbyt wiele cierpienia jak na jedno istnienie. Do tego jest obrazem zmagań artysty z codziennością i krytykami, którzy zmieniali zdanie o twórczości Zdzisława Beksińskiego jak skarpetki, a także swoistym zapisem przebiegu głębokiej depresji dotykającej inteligentnego i wrażliwego człowieka, jakim mimo wszystko był Tomek.
"Beksińscy. Portret podwójny" to dobra, uczciwa książka. Jeśli sprzykrzy Wam się beztroski, wakacyjny klimat i będziecie mieli ochotę na coś innego niż kieszonkowe wydania kryminałów czy romansów, bierzcie się za tę biografię.
Chętnie pożyczę, jakby co.
Grafika: www.znak.com.pl
środa, 28 maja 2014
Stare, polskie i dobre
Zamilkłam na prawie dwa miesiące. Przyczyną była oczywiście matura i nieruchliwość mojego mózgu. Chyba stwierdził, że skoro napisał matematykę to może sobie zrobić dłuższą sjestę. Ostatnio jednak dźgnęłam go kijem i zmusiłam do roboty, co pewnie zaowocuje tym, że niebawem ujrzycie na blogu jakieś grubsze opowiadanie.
Na razie jednak mam inny pomysł. Jako że dwa dni temu zrobiłam rachunek sumienia i stwierdziłam, że w mojej kolekcji pod tytułem Obejrzane, przeczytane, przemyślane za mało jest polskich filmów, postanowiłam to niedopatrzenie naprawić. I tak mam już za sobą dwa klasyki z lat sześćdziesiątych: Salto Tadeusza Konwickiego i Matkę Joannę od Aniołów Jerzego Kawalerowicza.
Wiadomo, jak to jest ze starymi filmami. Często niskobudżetowe, z niedociągnięciami technicznymi, co bardzo kontrastuje ze współczesną kinematografią. Która jednak za często stawia na jakość produkcji pod względem wizualnym, a zapomina trochę o głębszej, artystycznej i psychologicznej wartości. W przeciwieństwie do starszych filmów, które jeżeli były nazywane dobrymi, to właśnie za treść.
Weźmy na przykład taką Matkę Joannę. Film z 1960 roku, oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza, jest historią przeoryszy z klasztoru na Smoleńszczyźnie, która zdaje się być opętana przez diabła. Do klasztoru przybywa przejęty swoją misją ksiądz(Mieczysław Voit), który stara się wypędzić szatana z ciała matki Joanny(Lucyna Winnicka). Sprawy przyjmują jednak dość nieoczekiwany obrót.
Akcja w filmie powolutku pęcznieje, niemal wprowadzając widza w trans. Kluczowe wydarzenia następują po chwili "rozbiegu", po spokojnej rozmowie czy ujęciu ukazującym codzienne, zwykłe czynności. Kontrast między świętością i niedostępnością pięknego, romańskiego(?) klasztoru i karczmy, w której zbierają się nieliczni przedstawiciele chłopstwa i szlachty (zapomniałam wspomnieć, że akcja dzieje się w XVII wieku) od początku rzuca się w oczy. Jednak sami mieszkańcy tych dwóch przybytków nie różnią się od siebie tak bardzo, jakby się można było tego spodziewać.
Lubię filmy, podczas oglądania których wyrywa mi się słabe "o, cholera". To taki mój prywatny wyznacznik wartości filmu jako dzieła, które może trochę namieszać w głowie. A Matka Joanna miesza. Sieje wątpliwości co do natury Boga i diabła, mocy wiary i miłości, wskazuje na paralelizmy między tymi pojęciami. Trochę jest tu również o religijnej obłudzie, jednak, na całe szczęście, nie w sposób dosadny i moralizujący. Większość pytań pozostaje bez odpowiedzi. A są one na tyle drażniące, że trudno po obejrzeniu filmu po prostu wyłączyć komputer i iść spać.
Mówiłam już, że film jest piękny? Zdjęcia niemal pustynnego krajobrazu, surowość dekoracji i kostiumów sprawiają, że dzieło jest bardzo wysmakowane, na prawdę na światowym poziomie. Ciekawe są też zbliżenia na twarze aktorów i pewne symboliczne szczegóły. Oczy matki Joanny będą was długo prześladować.
Ach, jeszcze scena egzorcyzmów. Po prostu klękajcie narody.
Film zdecydowanie polecam. Nawet jeśli ktoś nieszczególnie trawi stare kino, to naprawdę warto się przemóc. U mnie Matka Joanna od Aniołów zdecydowanie ląduje w koszyku z ulubionymi filmami.
Gdyby ktoś obejrzał i chciał podyskutować, to zapraszam.
A jeśli podoba wam się pomysł, żebym zamieszczała od czasu do czasu recenzję klasyki polskiego kina, to mówcie, a będzie wam dane.
Grafika: stopklatka.pl, akademiapolskiegofilmu.pl
Na razie jednak mam inny pomysł. Jako że dwa dni temu zrobiłam rachunek sumienia i stwierdziłam, że w mojej kolekcji pod tytułem Obejrzane, przeczytane, przemyślane za mało jest polskich filmów, postanowiłam to niedopatrzenie naprawić. I tak mam już za sobą dwa klasyki z lat sześćdziesiątych: Salto Tadeusza Konwickiego i Matkę Joannę od Aniołów Jerzego Kawalerowicza.
Wiadomo, jak to jest ze starymi filmami. Często niskobudżetowe, z niedociągnięciami technicznymi, co bardzo kontrastuje ze współczesną kinematografią. Która jednak za często stawia na jakość produkcji pod względem wizualnym, a zapomina trochę o głębszej, artystycznej i psychologicznej wartości. W przeciwieństwie do starszych filmów, które jeżeli były nazywane dobrymi, to właśnie za treść.
Weźmy na przykład taką Matkę Joannę. Film z 1960 roku, oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza, jest historią przeoryszy z klasztoru na Smoleńszczyźnie, która zdaje się być opętana przez diabła. Do klasztoru przybywa przejęty swoją misją ksiądz(Mieczysław Voit), który stara się wypędzić szatana z ciała matki Joanny(Lucyna Winnicka). Sprawy przyjmują jednak dość nieoczekiwany obrót.
Akcja w filmie powolutku pęcznieje, niemal wprowadzając widza w trans. Kluczowe wydarzenia następują po chwili "rozbiegu", po spokojnej rozmowie czy ujęciu ukazującym codzienne, zwykłe czynności. Kontrast między świętością i niedostępnością pięknego, romańskiego(?) klasztoru i karczmy, w której zbierają się nieliczni przedstawiciele chłopstwa i szlachty (zapomniałam wspomnieć, że akcja dzieje się w XVII wieku) od początku rzuca się w oczy. Jednak sami mieszkańcy tych dwóch przybytków nie różnią się od siebie tak bardzo, jakby się można było tego spodziewać.
Lubię filmy, podczas oglądania których wyrywa mi się słabe "o, cholera". To taki mój prywatny wyznacznik wartości filmu jako dzieła, które może trochę namieszać w głowie. A Matka Joanna miesza. Sieje wątpliwości co do natury Boga i diabła, mocy wiary i miłości, wskazuje na paralelizmy między tymi pojęciami. Trochę jest tu również o religijnej obłudzie, jednak, na całe szczęście, nie w sposób dosadny i moralizujący. Większość pytań pozostaje bez odpowiedzi. A są one na tyle drażniące, że trudno po obejrzeniu filmu po prostu wyłączyć komputer i iść spać.
Mówiłam już, że film jest piękny? Zdjęcia niemal pustynnego krajobrazu, surowość dekoracji i kostiumów sprawiają, że dzieło jest bardzo wysmakowane, na prawdę na światowym poziomie. Ciekawe są też zbliżenia na twarze aktorów i pewne symboliczne szczegóły. Oczy matki Joanny będą was długo prześladować.
Ach, jeszcze scena egzorcyzmów. Po prostu klękajcie narody.
Film zdecydowanie polecam. Nawet jeśli ktoś nieszczególnie trawi stare kino, to naprawdę warto się przemóc. U mnie Matka Joanna od Aniołów zdecydowanie ląduje w koszyku z ulubionymi filmami.
Gdyby ktoś obejrzał i chciał podyskutować, to zapraszam.
A jeśli podoba wam się pomysł, żebym zamieszczała od czasu do czasu recenzję klasyki polskiego kina, to mówcie, a będzie wam dane.
Grafika: stopklatka.pl, akademiapolskiegofilmu.pl
środa, 2 kwietnia 2014
Listy polecane 2
Mojemu pisaniu przydałaby się pierwsza pomoc, bo już ledwie dycha. Dzieje się tak najprawdopodobniej za sprawą widma matury, które skutecznie odstrasza od wszelkiej twórczości bardziej kreatywnej od analizy fragmentu Lalki. Poddaję się tym ograniczeniom z nadzieją, że zaprocentują (prawie dosłownie) w przyszłości.
I tak zostawiam Was z krótkim tekstem, który nie wymaga szczególnego skupienia ani ze strony mojej, ani Waszej. Łapcie, może coś z tej listy uprzyjemni długi, teoretycznie zapełniony nauką wieczór.
1. W dżungli życia Beaty Pawlikowskiej.
Bardzo, bardzo dobra książka. I to wcale nie dlatego, że genialnie napisana, że akcja wartka jak potok, że Wielkie Myśli i Prawdy Życiowe tłoczą się na stronach. Dobra dlatego, że pozwala na oddech. Oddech od wszystkich teorii, opinii na których opiera się światopogląd większości otaczających nas ludzi. Niektórym poprzestawia życie,innym pomoże utrzymać się na obranej drodze, wszystkim da wielką garść pomysłów na przetrwanie w tej zwariowanej dżungli. Zostawi czytelnika z przyjemnym spokojem w sercu i względnym ładem w umyśle. Dodam tylko, że przeszła przez kilka rąk i umysłów z mojej klasy, wszystkie te umysły zostawiając ukontentowane. Komu wierzyć w sprawie jakości utworów literackich, jak nie im?
2. Submarine Alexa Turnera.
Alex kojarzony jest oczywiście jako wokalista Arctic Monkeys, z którymi to zwierzątkami dopiero niedawno się zakumplowałam. Wcześniej jednak trafiłam na uroczy film Moja łódź podwodna, debiut fabularny Richarda Ayoade. Film autorski, raczej niszowy i przyjemny w odbiorze. A soundtrack do niego stworzył właśnie Alex, przy pomocy swojego głosu i gitary. I wyszło bardzo dobrze, nawet świetnie. Płyta dobra na poprawę humoru, jazdę samochodem... na wszytko, jeśli mam być szczera.
3. Kiedy byłem dziełem sztuki Erica-Emmanuela Schmitta.
Polecona przez taką jedną Gabę, wzruszająca i wciągająca książka. Porządnie daje do myślenia o własnej cielesności i godności, o granicach sztuki i człowieczeństwa. Czyta się lekko i szybko, a to za sprawą żywego języka i ironicznego humoru. W twórczości Schmitta naprawdę warto wyjść poza Oscara i panią Różę.
4. 12 Years a Slave Steve'a McQueena
Powiało nagrodami i smutkiem Leo DiCaprio. Film jest ze wszech miar oskarowy: wzrusza, ładnie wygląda i jest długi. A tak na poważnie: historia przedstawiona w filmie jest prawdziwa i traktuje o jednej z największych zbrodni na człowieku, rozciągniętej od starożytności do współczesności, czyli niewolnictwie, z tym, że przedstawia ją z perspektywy jednostki. Spory krok dla Amerykanów, którzy dotąd nie chcieli otwarcie mówić o tej skazie na i tak niezbyt czystej karcie historii Stanów Zjednoczonych. W końcu się udało i mamy piękny film ze świetnymi aktorami i boskimi ujęciami. Zero taniego wyciskania łez na jedwabną chusteczkę.
5. Suszone morele.
Ludzie mówią, że zdrowe. Ja tam się nie znam, wiem tylko, że dobre.
Szczególnie dobre przed drogą krzyżową.
I tak zostawiam Was z krótkim tekstem, który nie wymaga szczególnego skupienia ani ze strony mojej, ani Waszej. Łapcie, może coś z tej listy uprzyjemni długi, teoretycznie zapełniony nauką wieczór.
1. W dżungli życia Beaty Pawlikowskiej.
Bardzo, bardzo dobra książka. I to wcale nie dlatego, że genialnie napisana, że akcja wartka jak potok, że Wielkie Myśli i Prawdy Życiowe tłoczą się na stronach. Dobra dlatego, że pozwala na oddech. Oddech od wszystkich teorii, opinii na których opiera się światopogląd większości otaczających nas ludzi. Niektórym poprzestawia życie,innym pomoże utrzymać się na obranej drodze, wszystkim da wielką garść pomysłów na przetrwanie w tej zwariowanej dżungli. Zostawi czytelnika z przyjemnym spokojem w sercu i względnym ładem w umyśle. Dodam tylko, że przeszła przez kilka rąk i umysłów z mojej klasy, wszystkie te umysły zostawiając ukontentowane. Komu wierzyć w sprawie jakości utworów literackich, jak nie im?
2. Submarine Alexa Turnera.
Alex kojarzony jest oczywiście jako wokalista Arctic Monkeys, z którymi to zwierzątkami dopiero niedawno się zakumplowałam. Wcześniej jednak trafiłam na uroczy film Moja łódź podwodna, debiut fabularny Richarda Ayoade. Film autorski, raczej niszowy i przyjemny w odbiorze. A soundtrack do niego stworzył właśnie Alex, przy pomocy swojego głosu i gitary. I wyszło bardzo dobrze, nawet świetnie. Płyta dobra na poprawę humoru, jazdę samochodem... na wszytko, jeśli mam być szczera.
3. Kiedy byłem dziełem sztuki Erica-Emmanuela Schmitta.
Polecona przez taką jedną Gabę, wzruszająca i wciągająca książka. Porządnie daje do myślenia o własnej cielesności i godności, o granicach sztuki i człowieczeństwa. Czyta się lekko i szybko, a to za sprawą żywego języka i ironicznego humoru. W twórczości Schmitta naprawdę warto wyjść poza Oscara i panią Różę.
4. 12 Years a Slave Steve'a McQueena
Powiało nagrodami i smutkiem Leo DiCaprio. Film jest ze wszech miar oskarowy: wzrusza, ładnie wygląda i jest długi. A tak na poważnie: historia przedstawiona w filmie jest prawdziwa i traktuje o jednej z największych zbrodni na człowieku, rozciągniętej od starożytności do współczesności, czyli niewolnictwie, z tym, że przedstawia ją z perspektywy jednostki. Spory krok dla Amerykanów, którzy dotąd nie chcieli otwarcie mówić o tej skazie na i tak niezbyt czystej karcie historii Stanów Zjednoczonych. W końcu się udało i mamy piękny film ze świetnymi aktorami i boskimi ujęciami. Zero taniego wyciskania łez na jedwabną chusteczkę.
5. Suszone morele.
Ludzie mówią, że zdrowe. Ja tam się nie znam, wiem tylko, że dobre.
Szczególnie dobre przed drogą krzyżową.
piątek, 28 lutego 2014
"Posłanie do nadwrażliwych"
"Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie
Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia
Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie
Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego
Bądźcie pozdrowieni za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami
Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno
Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was
Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą
za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
za samotność i niezwykłość waszych dróg
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi"
Autor: Kazimierz Dąbrowski
za waszą czułość w nieczułości świata
za niepewność wśród jego pewności
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że odczuwacie niepokój świata
jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie
Bądźcie pozdrowieni
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
za wasz lęk przed bezsensem istnienia
Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie
Bądźcie pozdrowieni
za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
i praktyczność w nieznanym
za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego
Bądźcie pozdrowieni za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami
Bądźcie pozdrowieni
za waszą twórczość i ekstazę
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno
Bądźcie pozdrowieni
za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was
Bądźcie pozdrowieni
za to, że jesteście leczeni
zamiast leczyć innych
Bądźcie pozdrowieni
za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
przez siłę brutalną i zwierzęcą
za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
za samotność i niezwykłość waszych dróg
bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi"
Autor: Kazimierz Dąbrowski
Foto:Geoff MacCormack
niedziela, 23 lutego 2014
Okno
Nocowała u babci. Babcia była chora. Parkinson i wiązanka innych schorzeń. Starsza pani zapominała o lekach poukładanych w kolorowych pudełkach
(rano południe wieczór na czczo po jedzeniu),
o wyłączeniu telewizora
(kup komplet garnków Chrystus twoim pasterzem odcinek 1678),
raz nie wyłączyła piekarnika.
Rodzina się martwiła, wnuczka się martwiła. Dlatego, gdy akurat miała wolny sobotni wieczór, zebrała książki i kserówki potrzebne do zdania egzaminu tak zwanej dojrzałości i przyszła do mieszkania babci.
Mieszkanie to mieściło się w niskim bloku, który wciąż nie mógł zapomnieć, że w smutnych czasach stalinizmu robił za hotel dla pracowników rodzących się zakładów przemysłu siarkowego. Blok zaś był częścią rozległego osiedla, jednego z wielu zrealizowanych marzeń PRL-u, które powoli zmieniało się w cmentarzysko dzieciństwa i młodości całych zastępów rodziców i dziadków.
Dziewczyna pomogła babci z kolacją, kąpielą i włożeniem piżamy, po czym posłała staruszkę w bezpieczne ramiona Morfeusza.
Senny klimat mieszkania o dziwo sprzyjał skupieniu, które jednak w tajemniczy sposób ulotniło się przy próbie rozwiązania zadań matematycznych. Po półgodzinie bezowocnych prób dziewczyna zrobiła sobie herbatę. Z parującym kubkiem odchyliła się na krześle i patrzyła na blok naprzeciwko. Światła pogaszone, prócz jednego w czyjejś kuchni i jednej błękitnej łuny telewizora. Cóż, godzina była niewątpliwie późna dla starszych osób. Za chwilę zgasło światło w kuchni, a minutę potem zdechł ekran telewizora.
Dziewczyna patrzyła ciągle na uśpione okna mieszkań, odwlekając chwilę, w której będzie musiała wrócić do równań. Już chciała zrezygnować z kontemplacji, gdy w oknie po lewej stronie, na najwyższym piętrze zapaliło się światło.
Okno było całkiem nagie, żadnej firanki, żaluzji. Wyglądało to tak, jakby ktoś miał się dopiero wprowadzić albo właśnie opuścił mieszkanie na zawsze.
Za szybą stanęła jakaś postać. Jako że stare budownictwo nie lubiło marnować przestrzeni, bloki stawiano zwykle blisko siebie. Dziewczyna widziała dokładnie wyprostowaną kobiecą sylwetkę, stojącą bokiem do okna. Nie dało się rozróżnić rysów twarzy, na to było za ciemno, ale dostrzegła orli nos i długie włosy zarzucone na plecy. Choć równie dobrze mogła to być chusta...
Postać odwróciła się raptownie.
Dziewczyna wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że kobieta patrzy prosto na nią, że widzi, jak zza starego biurka ktoś obserwuje jej nocne rozmyślania. Uznawszy, że już wystarczy dziwnego zachowania jak na jeden wieczór, dziewczyna pomachała do postaci w oknie.
Kobieta nie odmachała. Stała wciąż nieruchomo. Może po prostu wcale nie dostrzegła gestu, a może to jedna z tych, co to kręcą noskiem na każdy przejaw sympatii.
Ale stała. Ciągle stała.
Stała w tym przeklętym oknie i dziewczynie zrobiło się bardzo nieswojo, chciała, żeby ta kobieta sobie poszła, albo chociaż odwróciła się czy zgasiła światło, żeby zrobiła cokolwiek, tylko przestała tak stać i gapić się na nią...
Kobieta powoli odwróciła się i przesunęła za ramę okienną. Światło zgasło.
Dziewczyna odetchnęła głęboko. Jakoś nie bardzo miała siłę, by wrócić do nauki. Poszła do łazienki, po drodze zapalając światło w przedpokoju i toalecie, tak tylko, dla spokoju. Pod prysznicem postanowiła, że jutro popyta babcię o to mieszkanie na najwyższym piętrze. Wróciła szybko do pokoju, położyła się na starym tapczanie i chwilę poczytała, nie bardzo wiedząc o czym.
Zasypiając, jeszcze przez chwilę wydawało jej się, że widzi kobietę w oknie, ale wrażenie zaraz się rozmyło.
Dawno nikt jej tak nie nastraszył.
(rano południe wieczór na czczo po jedzeniu),
o wyłączeniu telewizora
(kup komplet garnków Chrystus twoim pasterzem odcinek 1678),
raz nie wyłączyła piekarnika.
Rodzina się martwiła, wnuczka się martwiła. Dlatego, gdy akurat miała wolny sobotni wieczór, zebrała książki i kserówki potrzebne do zdania egzaminu tak zwanej dojrzałości i przyszła do mieszkania babci.
Mieszkanie to mieściło się w niskim bloku, który wciąż nie mógł zapomnieć, że w smutnych czasach stalinizmu robił za hotel dla pracowników rodzących się zakładów przemysłu siarkowego. Blok zaś był częścią rozległego osiedla, jednego z wielu zrealizowanych marzeń PRL-u, które powoli zmieniało się w cmentarzysko dzieciństwa i młodości całych zastępów rodziców i dziadków.
Dziewczyna pomogła babci z kolacją, kąpielą i włożeniem piżamy, po czym posłała staruszkę w bezpieczne ramiona Morfeusza.
Senny klimat mieszkania o dziwo sprzyjał skupieniu, które jednak w tajemniczy sposób ulotniło się przy próbie rozwiązania zadań matematycznych. Po półgodzinie bezowocnych prób dziewczyna zrobiła sobie herbatę. Z parującym kubkiem odchyliła się na krześle i patrzyła na blok naprzeciwko. Światła pogaszone, prócz jednego w czyjejś kuchni i jednej błękitnej łuny telewizora. Cóż, godzina była niewątpliwie późna dla starszych osób. Za chwilę zgasło światło w kuchni, a minutę potem zdechł ekran telewizora.
Dziewczyna patrzyła ciągle na uśpione okna mieszkań, odwlekając chwilę, w której będzie musiała wrócić do równań. Już chciała zrezygnować z kontemplacji, gdy w oknie po lewej stronie, na najwyższym piętrze zapaliło się światło.
Okno było całkiem nagie, żadnej firanki, żaluzji. Wyglądało to tak, jakby ktoś miał się dopiero wprowadzić albo właśnie opuścił mieszkanie na zawsze.
Za szybą stanęła jakaś postać. Jako że stare budownictwo nie lubiło marnować przestrzeni, bloki stawiano zwykle blisko siebie. Dziewczyna widziała dokładnie wyprostowaną kobiecą sylwetkę, stojącą bokiem do okna. Nie dało się rozróżnić rysów twarzy, na to było za ciemno, ale dostrzegła orli nos i długie włosy zarzucone na plecy. Choć równie dobrze mogła to być chusta...
Postać odwróciła się raptownie.
Dziewczyna wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że kobieta patrzy prosto na nią, że widzi, jak zza starego biurka ktoś obserwuje jej nocne rozmyślania. Uznawszy, że już wystarczy dziwnego zachowania jak na jeden wieczór, dziewczyna pomachała do postaci w oknie.
Kobieta nie odmachała. Stała wciąż nieruchomo. Może po prostu wcale nie dostrzegła gestu, a może to jedna z tych, co to kręcą noskiem na każdy przejaw sympatii.
Ale stała. Ciągle stała.
Stała w tym przeklętym oknie i dziewczynie zrobiło się bardzo nieswojo, chciała, żeby ta kobieta sobie poszła, albo chociaż odwróciła się czy zgasiła światło, żeby zrobiła cokolwiek, tylko przestała tak stać i gapić się na nią...
Kobieta powoli odwróciła się i przesunęła za ramę okienną. Światło zgasło.
Dziewczyna odetchnęła głęboko. Jakoś nie bardzo miała siłę, by wrócić do nauki. Poszła do łazienki, po drodze zapalając światło w przedpokoju i toalecie, tak tylko, dla spokoju. Pod prysznicem postanowiła, że jutro popyta babcię o to mieszkanie na najwyższym piętrze. Wróciła szybko do pokoju, położyła się na starym tapczanie i chwilę poczytała, nie bardzo wiedząc o czym.
Zasypiając, jeszcze przez chwilę wydawało jej się, że widzi kobietę w oknie, ale wrażenie zaraz się rozmyło.
Dawno nikt jej tak nie nastraszył.
czwartek, 23 stycznia 2014
Listy polecane
Jako że nie jestem osobą zorganizowaną, ten blog przybrał formę pudełka, do którego wrzucam przeróżne dziwne twory, myśli, inspiracje (modne słowo!) i co tam jeszcze uda mi się z duszy zeskrobać i przekazać Innym.
Teraz jednak, próbując mocno nieudolnie uporządkować się i wprowadzić do życia minimum dyscypliny niezbędnej choćby do nauki i pisania, niniejszym zapoczątkowuję cykl, który przy odrobinie szczęścia nie zdechnie już przy drugim podejściu.
Oto kilka rzeczy, które ostatnio zrobiły ze mną coś dobrego. Nie na wielką skalę, bez świateł rampy i czerwonego dywanu, ale jednak. Czasem zupełne pierdoły, czasem Sztuka przez wielkie "S" (pozdrawiam widzów spektaklu "Ja, Feuerbach" w Domu Kultury).
Jak to było? Aha!
Polecam, Ewa Wachowicz.
1. Film "Człowiek słoń", reżyseria David Lynch
"No i znowu płaczę na filmie"- pomyślałam sobie kuląc się przed laptopem i chłonąc dzieło Lyncha. Opowieść o straszliwie zdeformowanym Johnie Merricku, który dla dziewiętnastowiecznych londyńczyków stanowi atrakcję cyrkową, jest przekazana zgrabnie i prosto, jednocześnie epatuje mrokiem i niepokojem. Wzruszająco mówi prawdę o podstawowych wartościach i ludzkim charakterze. To, że wygląd nie stanowi o psychice i osobowości jest oczywiste, jednak trzeba od czasu do czasu sobie o tym przypomnieć. Obraz Lyncha jest świetny również dlatego, że cały czas ma się wrażenie, iż oglądamy hollywoodzki dramat z lat trzydziestych. A tymczasem, proszę państwa, film powstał w roku 1980! I wrażenie to utrzymuje się nie tylko ze względu na czarno-białe zdjęcia, ale też pracę kamery, dialogi, nawet grę aktorów. Nieźle nas pan reżyser przeniósł w czasie, nie ma co.
2. Herbata karmelowa od Dilmah
Do tego duży kubek i płaska łyżeczka cukru (albo i nie). Niebo, nie herbata!
3. Spektakl Teatru Telewizji "Dwa Teatry", reżyseria Gustaw Holoubek
Od razu walnę link, o tu.
Spektakle umieszczane na youtube uważam za dobrodziejstwo natury, bo jak inaczej dotrzeć do wyższej kultury, gdy mieszka się w małym mieście, a na wyjazd do teatru pieniędzy zwykle ni ma?
W każdym razie, spektakl jest świetny. Głównie ze względu na obsadę: Gustaw Holoubek, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Piotr Adamczyk, (jeszcze jako tylko aktor, bez statusu gwiazdy "Super Expressu" i "Poradnika domowego"), Joanna Szczepkowska i inni naprawdę dobrzy aktorzy. Jeśli miałabym określić go jednym słowem, to spektakl jest zimowy. Dokładnie tak; melancholia i jakaś dziwna tęsknota uderzają już od pierwszych chwil, a te uczucia nierozerwalnie kojarzą mi się z obecną porą roku. Akcja toczy się powoli, na pograniczu snu i jawy, nie ma tu więc miejsca na sceniczną ekstazę. Trzeba obejrzeć, tylko nie nastawiajcie się na Wielkie Improwizacje i tym podobne.
4. Książka "Głosy Herberta", wydana przez Fundację Zeszytów Literackich
Ze Zbigniewem Herbertem miałam niewiele do czynienia. Wierszy nie czytam codziennie, wolę prozę, ale zanim pewna nauczycielka wysunie oskarżenie, że nie lubię poezji, powiem, że owszem, lubię, nawet bardzo. Tyle, że w mniejszych dawkach. Jednak gdybym została przyparta do muru i pod groźbą śmierci miała orzec, jakich poetów cenię, pan Herbert znalazłby się w ścisłej czołówce.
"Głosy..." to zapis wierszy, esejów, opowiadań i tłumaczeń zebranych po latach badań nad nieznanymi dziełami Herberta. Zaletą tomu jest to, że można do niego często wracać, nie czytając go od razu w całości. Utwory są jak owoce, które wybieramy spośród wielu innych i w tym konkretnym momencie pochłaniamy.
5. Muffiny z gruszkami i imbirem z Moich Wypieków
Przepis tutaj.
Od dziś na jakiś czas ulubione. Cudowne w zimie, lekko rozgrzewające, pyszne do herbaty. No i wykonanie proste nawet dla takich ułomnych kucharzyków jak ja. Podejrzewam, że sprawdzą się też w wersji jabłkowo-cynamonowej.
6. Spacer po lesie
Ewentualnie parku. Gdzieś, gdzie są drzewa, które teraz wyglądają jak po wizycie Białej Czarownicy z Narnii. Śnieg chrupiący pod nogami, zapach czystej zimy. I cisza, błogosławiona leśna cisza.
Swetry, kalesony i do boju!
Teraz jednak, próbując mocno nieudolnie uporządkować się i wprowadzić do życia minimum dyscypliny niezbędnej choćby do nauki i pisania, niniejszym zapoczątkowuję cykl, który przy odrobinie szczęścia nie zdechnie już przy drugim podejściu.
Oto kilka rzeczy, które ostatnio zrobiły ze mną coś dobrego. Nie na wielką skalę, bez świateł rampy i czerwonego dywanu, ale jednak. Czasem zupełne pierdoły, czasem Sztuka przez wielkie "S" (pozdrawiam widzów spektaklu "Ja, Feuerbach" w Domu Kultury).
Jak to było? Aha!
Polecam, Ewa Wachowicz.
1. Film "Człowiek słoń", reżyseria David Lynch
"No i znowu płaczę na filmie"- pomyślałam sobie kuląc się przed laptopem i chłonąc dzieło Lyncha. Opowieść o straszliwie zdeformowanym Johnie Merricku, który dla dziewiętnastowiecznych londyńczyków stanowi atrakcję cyrkową, jest przekazana zgrabnie i prosto, jednocześnie epatuje mrokiem i niepokojem. Wzruszająco mówi prawdę o podstawowych wartościach i ludzkim charakterze. To, że wygląd nie stanowi o psychice i osobowości jest oczywiste, jednak trzeba od czasu do czasu sobie o tym przypomnieć. Obraz Lyncha jest świetny również dlatego, że cały czas ma się wrażenie, iż oglądamy hollywoodzki dramat z lat trzydziestych. A tymczasem, proszę państwa, film powstał w roku 1980! I wrażenie to utrzymuje się nie tylko ze względu na czarno-białe zdjęcia, ale też pracę kamery, dialogi, nawet grę aktorów. Nieźle nas pan reżyser przeniósł w czasie, nie ma co.
2. Herbata karmelowa od Dilmah
Do tego duży kubek i płaska łyżeczka cukru (albo i nie). Niebo, nie herbata!
3. Spektakl Teatru Telewizji "Dwa Teatry", reżyseria Gustaw Holoubek
Od razu walnę link, o tu.
Spektakle umieszczane na youtube uważam za dobrodziejstwo natury, bo jak inaczej dotrzeć do wyższej kultury, gdy mieszka się w małym mieście, a na wyjazd do teatru pieniędzy zwykle ni ma?
W każdym razie, spektakl jest świetny. Głównie ze względu na obsadę: Gustaw Holoubek, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Piotr Adamczyk, (jeszcze jako tylko aktor, bez statusu gwiazdy "Super Expressu" i "Poradnika domowego"), Joanna Szczepkowska i inni naprawdę dobrzy aktorzy. Jeśli miałabym określić go jednym słowem, to spektakl jest zimowy. Dokładnie tak; melancholia i jakaś dziwna tęsknota uderzają już od pierwszych chwil, a te uczucia nierozerwalnie kojarzą mi się z obecną porą roku. Akcja toczy się powoli, na pograniczu snu i jawy, nie ma tu więc miejsca na sceniczną ekstazę. Trzeba obejrzeć, tylko nie nastawiajcie się na Wielkie Improwizacje i tym podobne.
4. Książka "Głosy Herberta", wydana przez Fundację Zeszytów Literackich
Ze Zbigniewem Herbertem miałam niewiele do czynienia. Wierszy nie czytam codziennie, wolę prozę, ale zanim pewna nauczycielka wysunie oskarżenie, że nie lubię poezji, powiem, że owszem, lubię, nawet bardzo. Tyle, że w mniejszych dawkach. Jednak gdybym została przyparta do muru i pod groźbą śmierci miała orzec, jakich poetów cenię, pan Herbert znalazłby się w ścisłej czołówce.
"Głosy..." to zapis wierszy, esejów, opowiadań i tłumaczeń zebranych po latach badań nad nieznanymi dziełami Herberta. Zaletą tomu jest to, że można do niego często wracać, nie czytając go od razu w całości. Utwory są jak owoce, które wybieramy spośród wielu innych i w tym konkretnym momencie pochłaniamy.
5. Muffiny z gruszkami i imbirem z Moich Wypieków
Przepis tutaj.
Od dziś na jakiś czas ulubione. Cudowne w zimie, lekko rozgrzewające, pyszne do herbaty. No i wykonanie proste nawet dla takich ułomnych kucharzyków jak ja. Podejrzewam, że sprawdzą się też w wersji jabłkowo-cynamonowej.
6. Spacer po lesie
Ewentualnie parku. Gdzieś, gdzie są drzewa, które teraz wyglądają jak po wizycie Białej Czarownicy z Narnii. Śnieg chrupiący pod nogami, zapach czystej zimy. I cisza, błogosławiona leśna cisza.
Swetry, kalesony i do boju!
sobota, 4 stycznia 2014
Dziewczyna w czerwonym szaliku
Myśleliście kiedyś o tym, jak dziwnym miejscem jest las zimą? Nie chodzi mi o ten uśpiony, zmrożony, przykryty warstwą śniegu, ze stoickim spokojem czekający na przebudzenie. Nie mówię również o lesie z końca zimy, który bardzo pragnie wystrzelić bujną wiosną i niecierpliwie wypuszcza pierwsze, słabiutkie zielenie, seledyny i szmaragdy.
Wczesna zima, bezmroźna i bezśnieżna, zmienia las nie do poznania.
******
Wychodzisz z domu, chcąc przewietrzyć organizm, w którym wciąż gnieżdżą się skutki świątecznych potraw i niestrawionej bezczynności. Przemierzasz niemal puste ulice, zaniepokojonym wzrokiem przypatrując się chłopcom bez opieki, bawiącym się koło zaparkowanej ciężarówki, tuż przy drodze. Mijasz budynek stacji kolejowej, która lata świetności ma już dawno za sobą. Idziesz dalej, po drodze chwytając pożółkłą gałązkę jemioły wiszącą na ogrodzeniu. Jeszcze chwila, jeszcze tylko mężczyzna i dziecko na intensywnie niebieskim skuterze z lat sześćdziesiątych i już jesteś w lesie.
Ojciec i syn przejeżdżają obok ciebie na rowerach. Milczą.
Niekompletna cisza zaskakuje cię, choć przecież należało się jej spodziewać. Nad czarną, szeroką drogą nagie gałęzie drzew tworzą siatkę osłaniającą cię przed poszarzałym ze strachu niebem. Po prawej stronie jest wydeptana ścieżka pokryta martwymi liśćmi. Pióra ptaka, którego ciało zniknęło w oczywistych okolicznościach odcinają się czystą bielą na tle brązowej ściółki. Ktoś jest za tobą, daleko na początku drogi. Twój umysł zaczyna przypisywać mu nieczyste intencje, które przecież mogą być całkiem błędne. Mogą.
Wchodzisz na ścieżkę z piórami ptaka. Czujesz się nie na miejscu, wiesz, że przeszkadzasz komuś, czemuś, czego nie widzisz i nie słyszysz, ale czujesz, wyraźnie czujesz, że jesteś tutaj zbędny. Wychodzisz więc z powrotem na szeroką czarną drogę. Osoba, która była za tobą, stoi teraz nieruchomo w głębi lasu. I choć widzisz tylko niewyraźną plamkę twarzy masz wrażenie, że cię obserwuje.
Skręcasz w inną ścieżkę. Dostrzegasz kobietę, odwróconą w przeciwną stronę starszą panią, która pewnie wybrała się na spacer po mszy w kościele. Na pewno tak jest, jednak idąc za kobietą, a później przechodząc obok, nie chcesz patrzeć jej w twarz. Nie jesteś pewien, co możesz na niej zobaczyć.
Wychodzisz zza drzew na drogę z betonowych płyt i ze zdumieniem stwierdzasz, że las zabrał z twojego życia całą godzinę.
Przechodzisz obok zarośniętych sztucznych stawów, przy których siedzi para wędkarzy. Jesteś dość daleko, nie widzisz ich dokładnie ale czujesz, że oni ciebie zauważyli. Jeszcze dalej, pod wierzbą, stoi kolejny człowiek. W twojej głowie rodzi się niepokojący scenariusz.
Zimny poranek. Mizerne słońce wstaje niemrawo nad stawami. Samochody policyjne, kilku gapiów i niewielka grupa smutnych ludzi w mundurach. Psy z zapamiętaniem węszą w wilgotnej trawie, policjanci pytają wędkarzy
(tak wczoraj około południa wysoka dziewczyna ciemne włosy płaszcz szalik czerwony szalik)
Przyspieszasz kroku. Dom już blisko.
Wczesna zima, bezmroźna i bezśnieżna, zmienia las nie do poznania.
******
Wychodzisz z domu, chcąc przewietrzyć organizm, w którym wciąż gnieżdżą się skutki świątecznych potraw i niestrawionej bezczynności. Przemierzasz niemal puste ulice, zaniepokojonym wzrokiem przypatrując się chłopcom bez opieki, bawiącym się koło zaparkowanej ciężarówki, tuż przy drodze. Mijasz budynek stacji kolejowej, która lata świetności ma już dawno za sobą. Idziesz dalej, po drodze chwytając pożółkłą gałązkę jemioły wiszącą na ogrodzeniu. Jeszcze chwila, jeszcze tylko mężczyzna i dziecko na intensywnie niebieskim skuterze z lat sześćdziesiątych i już jesteś w lesie.
Ojciec i syn przejeżdżają obok ciebie na rowerach. Milczą.
Niekompletna cisza zaskakuje cię, choć przecież należało się jej spodziewać. Nad czarną, szeroką drogą nagie gałęzie drzew tworzą siatkę osłaniającą cię przed poszarzałym ze strachu niebem. Po prawej stronie jest wydeptana ścieżka pokryta martwymi liśćmi. Pióra ptaka, którego ciało zniknęło w oczywistych okolicznościach odcinają się czystą bielą na tle brązowej ściółki. Ktoś jest za tobą, daleko na początku drogi. Twój umysł zaczyna przypisywać mu nieczyste intencje, które przecież mogą być całkiem błędne. Mogą.
Wchodzisz na ścieżkę z piórami ptaka. Czujesz się nie na miejscu, wiesz, że przeszkadzasz komuś, czemuś, czego nie widzisz i nie słyszysz, ale czujesz, wyraźnie czujesz, że jesteś tutaj zbędny. Wychodzisz więc z powrotem na szeroką czarną drogę. Osoba, która była za tobą, stoi teraz nieruchomo w głębi lasu. I choć widzisz tylko niewyraźną plamkę twarzy masz wrażenie, że cię obserwuje.
Skręcasz w inną ścieżkę. Dostrzegasz kobietę, odwróconą w przeciwną stronę starszą panią, która pewnie wybrała się na spacer po mszy w kościele. Na pewno tak jest, jednak idąc za kobietą, a później przechodząc obok, nie chcesz patrzeć jej w twarz. Nie jesteś pewien, co możesz na niej zobaczyć.
Wychodzisz zza drzew na drogę z betonowych płyt i ze zdumieniem stwierdzasz, że las zabrał z twojego życia całą godzinę.
Przechodzisz obok zarośniętych sztucznych stawów, przy których siedzi para wędkarzy. Jesteś dość daleko, nie widzisz ich dokładnie ale czujesz, że oni ciebie zauważyli. Jeszcze dalej, pod wierzbą, stoi kolejny człowiek. W twojej głowie rodzi się niepokojący scenariusz.
Zimny poranek. Mizerne słońce wstaje niemrawo nad stawami. Samochody policyjne, kilku gapiów i niewielka grupa smutnych ludzi w mundurach. Psy z zapamiętaniem węszą w wilgotnej trawie, policjanci pytają wędkarzy
(tak wczoraj około południa wysoka dziewczyna ciemne włosy płaszcz szalik czerwony szalik)
Przyspieszasz kroku. Dom już blisko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



