Brzmi jak jazz. Rozluźniony, sączący się z słuchawek, rozlewający na całe ciało powoli zyskujące złocisty kolor opalenizny. Wspomnienia z dzieciństwa mieszają się w przedziwny sposób
z poczuciem nieubłaganej dorosłości. W jednej dłoni wino, w drugiej truskawki. Myśli na huśtawce ulatują w sfery zmysłowej seksualności. Odpowiedzialność? Jeszcze nie teraz, jeszcze chwilkę...
Chwilkę wieczności. Jeszcze kwiatek we włosach i papieros za uchem.
Jeszcze parę ucieczek od rzeczywistości, całe życie na ucieczki. Dużo tajemnych kryjówek
w ogrodzie świata, w rabatach książek, za donicami filmów, wśród koncertowych traw.
Żadnego domu przysłaniającego gwiazdy.
Bose stopy na scenie.
Podrapane kolana.
Błagam, pozwól mi zmarnować życie.
Doprowadzam do porządku chaos w czeluściach plecaka. Oswajam odzwyczajone od wędrówek stopy z nowymi butami i przyglądam się z powątpiewaniem nogom bladym jak śnieg. Entuzjazm łagodnie rozciąga mięśnie wokół ust i przyjemnie rośnie w sercu. Umysł zaczyna zdawać sobie sprawę, że zaraz stanie się to, czego tak bardzo mu potrzeba. Jest tak rozkosznie rozkołysany perspektywą chwilowego pozbycia się problemów.
Uwielbiam te chwile przed podróżą.
Leżałam dzisiaj pod bezkresem nieba. Gałązki śmiały się zielonością, pierwsze kwiaty owocowych krzewów przyglądały się z łagodną obojętnością niewyrośniętemu pająkowi szturmującemu fałdy na mojej koszulce. Muzyka brzmiała w sercu. Rozmowy dekadencko omijały tematy przyziemne i wzlatywały pod chmury, by za chwilę z nonszalancją wejść na ścieżkę pospolitości.
Wydaje im się, że wszystko mogą. Cóż za urocza arogancja.
Poczucie odrealnienia spłynęło powoli. Gdybym w tamtej chwili odwróciła wzrok od nieba, nie mogłabym zobaczyć nic. Nie byłabym w stanie uwierzyć, że jest coś poza słońcem, niebem, zielenią i szczęściem.
Nigdy jeszcze nie było mi tak dobrze ze sobą.
Kazimierz Przerwa-Tetmajer był mrówką. Małą mrówką stojącą na przełomie wieków, przerażoną perspektywą spotkania z rozpędzonym pociągiem. Biedny dekadent. Nie wie co robić. Zwiesza głowę, by łzy powodowane bezsilnością mogły łatwiej skapywać na nagą ziemię. Biedny artysta. Ucieka w twórczość, owija się szczelnie kocykiem artyzmu. Trochę przykrótkim, gwoli ścisłości.
Też chciałabym się owinąć, ale kocyk jest malutki.
A tak mi zimno.
Tak zimno.
Tak jałowo.
Tak sucho.
Tak jałowa.
Tak sucha.
Tak zimna.
Taka jestem. Przepraszam, ja nie chcę być piękna; i tak nie jestem. Nie chcę być mądra; i tak nie będę. Ani charyzmatyczna; nikt mnie nie słucha.
Ja tylko chcę być doskonała.
W jednej, wąskiej dziedzinie. Wąziuteńkiej. Cienkiej jak stróżka coli wlewanej do szklanki z rumem.
Pociąg jedzie, długi na szesnaście wagonów.
Plan zaczynał się rysować, kreślony cienkim ołówkiem po czystym papierze. Ręka zmuszana do uległości drżała czasem pod ciśnieniem gorącej krwi przenoszącej uczucia, ale linia zawsze wychodziła na prostą. Ołówek się złamał.
Ręka zatrzymała się kilka centymetrów nad kartką, nie mając pojęcia, co dalej. Delikatnie postawiła ołówek na biurku i przejechała po suchej powierzchni ud obleczonych w spodnie.
Wreszcie sięgnęła po papierosa. Przy pomocy drugiej ręki zapaliła powoli. Do płuc wleciała bardzo niezdrowa i bardzo w tej chwili potrzebna mieszanka substancji chemicznych. Nogi uniosły ciało i wyszły po schodach. Plecy oparły się o chłodną ścianę.
Zmysły nasiąkały kolorami świtu, zapachem spóźnionej wiosny i dźwiękami piosenki, której nazwy akurat wtedy umysł nie potrafił przywołać. Dzięki Bogu, w końcu mu się udało.
Przy ostatnim wdechu tytoniowego dymu mózg pomyślał, że życie to tylko suma chwil, starannie przykryta pozorem długowieczności.
I to, że nic nie wie.
I jeszcze to, że chyba w końcu trzeba będzie narysować ten plan.
Ale w jaki sposób, tego już nie pomyślał.
Niech go wszyscy diabli.
Szybkim krokiem weszła do łazienki. Strzępy oddechu uciekały z jej pobladłych ust. Dłonie, tańczące gwałtownie w nieregularnym rytmie, zacisnęły się jak kleszcze na brzegu umywalki. Mokre czoło oparła o chłodną powierzchnię lustra. Po chwili podniosła głowę, zostawiając tłusty ślad na gładkiej tafli i spojrzała na siebie.
Niewiele z niej zostało.
Przezroczysta skóra ukazywała wyraźnie plątaninę żył, tętnic i włókien mięśniowych. Paznokcie delikatnie ześlizgiwały się z palców i łagodnie unosiły w powietrze, wirując jak płatki kwiatów jabłoni. Włosy, jeden po drugim, spełzały z czaszki na ziemię.
Pleśń między kafelkami na ścianie i podłodze łazienki zaczęła rosnąć, wybrzuszać się, łączyć w wielkie, ruchliwe plamy. Jednocześnie cały czas kierowała się w stronę postaci przed lustrem.
Strach i obrzydzenie wspólnymi siłami zmusiły dziewczynę do ruchu. Trzęsąc się i wciąż tracąc paznokcie i włosy przyłożyła twarz i ręce do lustra, które wydało jej się jedynym bezpiecznym punktem.
Poczuła, że dotyka powierzchni miękkiej i plastycznej, przypominającej piankę ptasiego mleczka. Zacisnęła resztkę powiek, wzięła oddech na tyle głęboki, na jaki pozwalały jej przetarte płuca i zagłębiła się w puszystość.
Po drugiej stronie oślepił ją różowy księżyc, wydzielający blask znacznie mocniejszy od zwykłego słońca. Odruchowo zasłoniła oczy ręką. Zobaczyła, że jest ubrana w białą suknię z długimi, szerokimi rękawami i ogromnymi kieszeniami po bokach. Skóra odzyskała kolor zwany normalnością, włosy znów były gęste, długie i lśniące, niby czekoladowy kobierzec przetykany złotem. Krew przyjemnie szumiała w uszach, łącząc się z głębokimi tonami bijącego serca.
Odwróciła się powoli. Stała nad brzegiem srebrnej rzeki, której szlachetne wody delikatnie obmywały rozrzucone wszędzie kawałeczki wygładzonych skał. Dziewczyna patrzyła długo, przenosząc wzrok z wody na kamienie i z powrotem.
Wreszcie zrozumiała.
Wzięła kilka skał i obróciła kilkakrotnie w dłoniach, uśmiechając się do siebie. Włożyła je do kieszeni.
Powoli zanurzyła bose stopy w aksamitnym chłodzie wody. Na jej ustach wciąż błąkał się uśmiech. Szła dalej, w zupełnym spokoju, a jej plecy tworzyły prostą strunę godności.
Na środku rzeki, gdy woda dotykała jej talii, wybuchnęła śmiechem, który jak perły rozsypał się w przestrzeni. Uniosła ręce, wyprężyła całe ciało i opadła na fale.
Przez chwilę unosiła się na powierzchni. A potem utonęła.
Śmierć obserwowała wszystko zza konfiturowych krzewów. Nie była przyzwyczajona do uczuć, a te właśnie zaczęły się do niej dobierać. Skakały wokół jak rozentuzjazmowane szczeniaki, stukały w czaszkę i domagały się nazwania.
Gdyby Śmierć miała coś takiego, jak wyraz twarzy, to w tej chwili wyglądałaby na zamyśloną. Usilnie starała się określić, co czuła.
Głos, cichutki jak szelest liścia, wydobywający się z przechodzącej obok duszy cenionego psychologa rozległ się gdzieś za ramieniem Śmierci.
"Zachwyt", stwierdziła dusza i rozpłynęła się w mandarynkowym powietrzu.
Chciałabym pobawić się w Boga i zrobić z moim życiem, co mi się żywnie podoba.
Chciałabym na przykład przenieść się do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Do Stanów.
Bardzo bym chciała.
Naprawdę.
Serio.
Nawet się nie domyślacie, jak bardzo.
Chciałabym być atomem hipisowskiej rewolucji, wykluwającej się z konserwatywnej skorupy i rozkładającej skrzydła na cały kraj. Nosić duszę na wierzchu, w postaci barwnych sukienek, awangardowej biżuterii i rozpuszczonych, długich włosów.
Chciałabym obejrzeć muzyczne przedstawienie serwowane na koncertach The Doors.
Chciałabym być na Woodstocku 69', ja i pół miliona dobrych dusz.
Chciałabym zobaczyć artystów śpiewających i grających emocjami, chciałabym poczuć tę moc, siłę tkwiącą w muzyce.
I oczywiście chciałabym zobaczyć smoka. Z małą pomocą LSD.
Potem chciałabym płakać po śmierci Janis, Jimi'ego i Jima i po rozwiązaniu Beatlesów.
I upić się z radości na wieść o powstaniu Led Zeppelin.
I naturalnie chciałabym trafić na jeden z pierwszych dużych koncertów Zeppelinków, w Royal Albert Hall. Dreszcze od pierwszego do ostatniego dźwięku wydanego przez głos Roberta Planta, gitarę Jimmy'ego Page'a, bas Johna Paula Jonesa i perkusję Johna Bonhama.
Właściwie miło byłoby też dostać się na backstage...
I pójść na jeszcze kilka koncertów.
I zostać groupie.
Definitywnie.
Wypchać pokój winylami i plakatami, chodzić na koncerty najlepszych artystów, jakich nosiła Ziemia.
Zobaczyć Boba Dylana.
Zobaczyć Johna Lennona.
Zobaczyć Davida Bowie.
Zobaczyć Joe Cockera.
Zobaczyć Jefferson Airplane.
Zobaczyć Pink Floyd.
Zobaczyć The Rolling Stones.
A potem?
Potem mogłabym już umrzeć.